Wróć na portal Mindly.pl 

lub przejdź na portal: Psy24.pl
 

 


 

rozmiar czcionki A A A
czytano 3898 razy

Bernardyn w pociągu

Po pierwsze - czy możemy przewieźć psa, a w szczególności - bernardyna-  pociągiem? Oczywiście, że tak. Nie ma co do tego dyskusji i przepisy kolejowe wyraźnie precyzują takie sytuacje. Nie musicie ulegać zdarzającym się czasem histerycznym reakcjom niektórych podróżnych, na których masa naszych kruszynek robi tak potężne i przerażające wrażenie, że najchętniej pozbyliby się ich w ogóle z pociągu, a nie tylko ze swojego przedziału.

Po drugie - ile kosztuje przewiezienie psa i czy opłata za bernardyna jest wyższa z powodu rozmiarów tej rasy?
Zgodnie z kolejową Taryfą na przewóz osób, rzeczy i zwierząt pobieranie opłat za przejazd psów pociągami jest obowiązkowe. Kwestia wysokości opłaty to już całkiem inna sprawa.
Opłata za psa, niezależnie od jego wagi oraz wielkości, jest taka sama. Na przykład w PKP Przewozy Regionalne wynosi ona 4,00zł brutto (zgodnie z Tabelą opłat zryczałtowanych za przewóz rzeczy, psa i przesyłek).
W intercity i Eurocity opłaty będą wyższe, a do tego może nam jeszcze dojść konieczność wykupienia miejscówki. Nie dotarliśmy chwilowo do aktualnych stawek - w zeszłym roku wahały się one od 15 do 30 zł.
Za psa – przewodnika osoby niepełnosprawnej, którego obecność jest niezbędna przy pasażerze, pobierana jest opłata zryczałtowana. Jest ona niezależna od odległości taryfowej.

Co ciekawe - nie pobiera się opłat za małe zwierzęta, w tym koty, ale… nie dotyczy to psów, nawet tak małych jak york czy chichuahua. Te małe zwierzątka muszą być jednak umieszczone w koszach, klatkach transportowych, skrzynkach itp. Takie „opakowania” mają zabezpieczyć przed wyrządzeniem szkody przez zwierzę innym współpasażerom. Małe zwierzęta nie mogą też być uciążliwe dla podróżnych (np. kwestia zapachu, hałaśliwości).

Po trzecie - ile psów możemy przewieźć jednocześnie?
W PKP obowiązuje zasada: jeden pies na jednego dorosłego podróżnika, który w trakcie podróży odpowiada za swego pupila.
Gdyby zdarzyło nam się podróżować z większym stadkiem – będziemy mieć spory problem. Za każdego psa „ponadregulaminowego” pobierana jest wtedy tzw. „opłata dodatkowa”, mówiąc prościej -  mandat. Czasem można znaleźć kogoś, kto wesprze nas w takiej sytuacji i „przyzna się” do naszego psa. Trzeba to zrobić przy kasie, bowiem bilet psa jest łączony z biletem pasażera. Jest to o tyle utrudnione, że ta wspomagająca nas osoba powinna jechać do tego samego celu.

Po czwarte - w musimy być wyposażeni - my i pies, by spokojnie odbyć podróż pociągiem?
Podróżujący pies powinien mieć założony kaganiec, posiadać obrożę i smycz. My jesteśmy zobowiązani mieć ze obą książeczkę zdrowia psa, oczywiście z aktualnymi szczepieniami. Z ekwipunku przydatnego, a nie narzuconego przez kolejnictwo warto zabrać (a nawet należy)rolkę ręczników papierowych, butelkę z wodą oraz miseczkę, z której pies będzie mógł się tej wody napić. Tu uwaga na psy z chorobą lokomocyjną - w zasadzie nie powinniśmy im podawać napojów w trakcie podróży, ale jeżeli jest bardzo ciepło napojenie psa jest ważniejsze od ewetualności bomitacji. W gorące letnie dni przyda się też spryskiwacz (taki jak do zraszania kwiatów).

Małe pieski, które nie leżą na podłodze oraz kolanach właściciela czy w klatkach, możemy ulokować na siedzeniu, po uprzednim zapytaniu współpasażerów o zgodę oraz przygotowaniu odpowiedniego kocyka. Ale tu już pojawia się drobny problem – wcześniejsze przepisy kolejowe wspominają bowiem, że pies nie może zajmować miejsca na siedzeniu (a w szczególności na łóżkach w wagonach sypialnych i kuszetkach) – i w efekcie jesteśmy zdani na interpretację sytuacji przez konduktora.

I jeszcze jeden mały, ale bardzo istotny szczegół. W wagonie z przedziałami na przebywanie psa w przedziale pasażerskim muszą wyrazić zgodę współpodróżni. Jeżeli sie nie zgodzą, musimy opuścić przedział i poszukać innego. A co się dzieje, kiedy i pies i my mamy wykupione miejscówki? Wtedy możemy zwrócić się do konduktora o znalezienie dla nas innego miejsca. Teoretycznie należy to do jego obowiązków, ale w praktyce  zwykle musimy radzić sobie sami.
Ta zasada nie dotyczy wagonów bezprzedziałowych.  Dlatego prościej podróżować z psem, zwłaszcza dużym, pociągami bez miejscówek i bez przedziałów.

Tyle przepisy ogólne.
Niby wszystko oczywiste. Ale czasem przestaje być oczywiste, gdy naszym współpasażerem jest bernardyn. Dlaczego? Oczywiście, ze względu na pokaźne rozmiary. Ten sam problem będzie też dotyczył nowofundlandów, dogów czy nawet owczarków.

Jak to wygląda  w praktyce?
Podróżowałam pociągiem z moją bernaśką wiele razy, także na bardzo długich trasach (np. Stargard Szczeciński – Gdańsk, Gdańsk – Warszawa, Bydgoszcz - Warszawa) i nie spotkałam się z protestem ze strony pasażerów. Jednak, gdy zdarzyło mi się wsiąść do pustego przedziału, przeważnie pozostawał on pustawy do końca naszej podróży. Jako współpasażerowie najczęściej dosiadały się osoby pozytywnie ustosunkowane do psów, lub po prostu właściciele psów.

Reakcje konduktorów bywały różne.

Na ogół nie wymagali, zwłaszcza na długich trasach, by pies miał założony kaganiec, ale kaganiec musiał  być widoczny i pod ręką, gotowy w każdej chwili do użytku.

Problemy pojawiały się natomiast czasem przy wsiadaniu do pociągu.
I tu podstawowym utrudnieniem były: masa, waga, mała zwrotność psa i typowe dla bernardynów zamiłowanie do dużych otwartych przestrzeni.
Wtłoczenie 80-kilogramowego „cielaka” w wąskie wejście, zwłaszcza w wagonach starego typu, wcale nie jest proste. Jeżeli nie uda się to za pierwszym razem i pies od razu nie wskoczy do wagonu – zaczyna się niezłe przedstawienie. Wystraszony niecodzienną sytuacją benek, którego w dodatku zmusza się do zajęcia miejsca w ciasnym przesmyku, potrafi zacząć panikować.
Zdarzyła mi się taka właśnie sytuacja w pociągu, który planowo stał na stacji zaledwie 3 minuty. Nie była to nasza pierwsza podróż pociągiem i do tej pory wszystko odbywało się bezproblemowo. Tym razem jednak przy wsiadaniu, Renia źle wymierzyła odległość i tylne łapy omsknęły się między wagon a wysoki peron. Moja wystraszona bernaśka, dostała dosłownie ataku histerii.
Niestety jechałam z nią sama. Mogłam więc liczyć tylko na pomoc nieznanych psu zupełnie obcych ludzi. Próby pomocy ze strony podróżnych spełzły na niczym. Psica zaparła się czterema łapami i rzucała wielkim łbem na wszystkie strony, gdy tylko ktoś próbował do niej podejść. Mój plecak leżał już w tym momencie na podłodze wagonu, konduktor odgwizdywał sygnał do odjazdu. A ja stałam wiąż jeszcze na peronie szarpiąc się z szamoczącą się sunią, którą nie sposób było ruszyć z miejsca.
Zaczęła się awantura z konduktorem, który wrzeszczał na mnie, że opóźniam odjazd pociągu. Na co ja z kolei zaczęłam krzyczeć, że zarówno ja jak i pies mamy bilety i mamy prawo jechać tym pociągiem, a on ma obowiązek nam to zorganizować. Oczywiście do sprzeczki dołączyli się podróżni, z których jedni zajęli moją stronę, inni poparli konduktora.
Gdybym miała taką możliwość, zapewne poszukałabym innego pociągu, albo nawet autobusu. Ponieważ był to jednak wyjazd służbowy, musiałyśmy pojechać tym pociągiem, by być w określonym miejscu na czas. Uparłam się i … znalazło się rozwiązanie. Kierownik pociągu, który włączył się przypomniał całą tę awanturę, przypomniał sobie, że w składzie jedzie wagon pocztowy, z szeroko otwieranymi drzwiami. Przebiegliśmy tam galopem i Renia jednym długim susem dosłownie wpłynęła na pokład pociągu.

Od tej pory unikam jednak wysokich peronów i wagonów starego typu, z wąskimi, harmonijkowymi drzwiami.
I staram się podróżować w towarzystwie osób znanych psu, które w przypadku problemów technicznych będą przez psa akceptowane. I uszyłam "maleństwu" szelki. Tak na wszelki wypadek, gdyby trzeba ją było wbrew jej woli wsadzić do jakiegoś wagonu.





Zakaz kopiowania, rozpowszechniania części lub całości bez zgody redakcji BERNARDYNY.wortale.net.



Dodaj komentarz

BERNARDYN W PODRÓŻY